Pozegnanie z Gruzja, czyli wszystkie drogi prowadza do...Hostelu Romantik.

Hostel Romantik w Tibilisi byl naszym pierwszym przystankiem. Wynalazlam to miejsce gdzies w Internecie. Mialo byc tanio. A, ze bonusem byla jeszcze kolacja w cenie i domowe wino, to wybor tego miejsca wydal nam sie oczywisty :) Dotarlismy tam zmeczeni z nadzieja na szybka regeneracje organizmu w postaci kilku godzin snu.
Romantik Hostel nie jest miejscem, ktore mozna bardzo latwo znalezc, ale tutaj, jak zwykle bardzo pomocni okazali sie  Gruzini.  Ja mialam w glowie, ze miejsce, do ktorego sie wybieramy jest w piwnicy, wiec na prozno szukac szyldu miedzy oknami wiezowcow.

No i jest!


Szyld jak sie patrzy, co widac na zalaczonym obrazku :) 'Prawie' w progu 'przywitala' nas pracownica, gorska przewodniczka a przede wszystkim dusza tego hostelu - Devi(l). 
Wspaniala, silna, ostra i twarda niemiecko-indonezyjska mieszanka mieszkajaca w Gruzji.  
Pierwszym z jej pytan bylo skad jestesmy? Niby normalne pytanie. W koncu fajnie wiedziec skad ludzie przybywaja i co ich sprowadza. Ale Devi zadaje to pytanie, zeby sie upewnic, ze...nie jestes z Rosji. 
Nie szczypie sie i mowi prawde miedzy oczy, krzyczac: 'I hate Russians!' 
Z jej niemieckim akcentem i przy akompaniamencie walenia piescia w stol, wyglada to komicznie, ale nie sposob sie jej sprzeciwic. Najywrazniej ta twarda kobieta ma swoje powody. I mimo calej tej 'nienawisci' i obelg w stosunku do rosyjskiego narodu, Devi pomoze kazdemu. Bez wzgledu na to skad jestes. 
Doradzi, znajdzie taksowskarza, powie dokad pojsc, czego sie wystrzegac, co warto albo gdzie mozna przenocowac...A jak taki Rosjanin wpadnie do hostelu to poscieli mu lozko, zastrzegajac, ze Rosjan nie lubi, rosyjskiego jezyka nienawidzi. O malo nie splunie wypowiadajac sie na temat braci rosyjskiej. Ale serce ma ta kobieta dobre. Nadzwyczaj. 

Miedzy jednym papierosem a drugim, Devi opowiadala nam historie swojego zycia. Cieszyla sie, kiedy spalismy w swoich spiworach, bo nie musiala prac poscieli. Denerwowala sie, kiedy do hostelu przychodzili Gruzini (maja wstep wzbroniony) i kazala gosciom gotowac kolacje. Zdarzalo jej sie tez (chwilowo) nienawidzic Amerykanow, ale tylko wtedy, kiedy mowili zbyt duzo. Bo Devi ponad wszystko uwielbia cisze. Dlatego klnie na Tibilisi, ile wlezie i kiedy tylko ma okazje, wyjezdza w gory. 
Kiedy rozmawia sie z nia pierwszy raz, mozna odniesc wrazenie, ze jest wrogo nastawiona do kazdego. Ale ludzie do niej lgna. Tak samo, jak lgna do tego magicznego miejsca, ktore kiedys bylo zwyczajnie...burdelem. 
Kiedy sie o tym dowiedzialam, nie bylam specjalnie zaskoczona. Male pokoiki z materacami pomalowane na 'piekny' rozowy kolor. No i mezczyzni wpadajacy w srodku nocy, szukajacy kobiety, ktora zaspokoi ich potrzeby. W zamian za to slyszeli tylko wsciekla, wyrwana ze snu Devi :)

To miejsce ma w sobie wszystko, co lubie. Wspanialych, otwartych na przygode ludzi, ktorzy wlocza sie po swiecie i znajduja chwile, zeby wysluchac innych. Niepowtarzalna atmosfere, ktora sprawia, ze czlowiek chce tam zostac na dluzej. I pozytywna energie. 
Bedac w hostelu natknelismy sie na ludzi, ktorzy konczyli swoja podroz a Gruzja byla dla nich tylko miejscem, przystankiem na ktorym szybko prali swoje ubrania, wlaczali internet i wsiadali w samolot, ktory zabieral ich do codziennych obowiazkow. Byli tez tacy, dla ktorych ten kraj stawal sie przystankiem koniecznym, jak odwiedziny u waznej osoby z rodziny, gdzie mogli porownywac jak wszystko sie zmienilo i jak za rok znowu tam beda.

Byli ludzie, ktorzy oczekiwali na wize do Iranu, jak ten zabawny Amerykanin, ktory opowiadal swoja historie kazdemu, kto tylko chcial sluchac, czym czywiscie doprowadzal do szalu nasza Devi. Mial niezwykla umiejetnosc przekonywania do siebie ludzi. Z Iranczykami, ktorzy tam mieszkali jakis czas (nikt nie wiedzial skad i dokad ida) potrafil znalezc wspolny jezyk nie bojac sie przy tym poruszac tematow politycznych...Obserwowalam go z podziwem.

Albo W. Pojawil sie w Gruzji nagle i postanowil zostac na dluzej. Akurat skonczyly mu sie pieniadze, wpadl wiec na pomysl popracowania w hostelu. Do szczescia wiele nie potrzebowal. Troche jedzenia i jedno z lozek, ktore widzialy juz wiele :) Mysle, ze byl tam szczesliwy.

Wiem, ze w Gruzji ludzie potrafia byc szczesliwi. Moze nie usmiechaja sie tak czesto, wrecz przeciwnie, wygladaja na zmeczonych zyciem. Ale nie gonia tak bardzo. Potrafia sie cieszyc z tego, jak jest dzis. 

Pewnego dnia wybralismy sie do skalnego miasta, niedaleko Tibilisi. Kiedy stamtad wracalismy, taksowkarz wlaczyl plyte z utworem, ktory  towarzyszyl mi juz do konca podrozy po Gruzji mimo, ze nie bylam w stanie zrozumiec o czym spiewano. Mam wrazenie, ze czas sie zatrzymal, kiedy mijalismy pasterzy, malych chlopcow wracajacych z winnic i starszych panow wyraznie na rauszu. Kobiety ubrane na czarno. Zaloba, ktora sie nosi, kiedy umrze ktos w rodzinie. Juz do konca. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczulam, ze jestem tutaj i teraz i, ze wlasnie to jest najwazniejsze. Bez dwoch zdan. 



Staralam sie to uczucie przywolac tez wtedy, kiedy w Kazbegi chodzilismy po gorach. Swiat wydawal mi sie jakby z makiety. Najzwyczajnie nie moglam uwierzyc, ze taki krajobraz moze istniec. Za kazdym razem, kiedy zatrzymywalismy sie z naszymi Towarzyszami, wzdychalismy, jakie to niemozliwe, ze tak byc nie moze...Jaki to widok i czy widzielismy piekniejszy...B i M poznalismy wlasnie w drodze do Kazbegi w ktorym w koncu wyladowalismy w jednym pokoju, z ktorymi pilismy najlepsze wino w Gruzji ( i chyba nie tylko) i zajadalismy sie prawdziwie domowymi khinkali.
Zaczelo sie od checi przenocowania w najtanszym domu. W tym oto miejscu:


                                                         http://dziennik-okretowy.blogspot.co.uk/

I...Jeszcze sie nie skonczylo. Jak to B. stwierdzila pewnego dnia: 'Jeszcze nie wrocilam.' Wyglada na to, ze ja tez jeszcze nie. Bo z Gruzji nie tak latwo sie wraca. Nawet jesli przyjdzie nam spac w zimnym pokoju , gdzie 10 zelkow na osobe to zbyt malo, zeby wziac prysznic. Albo wtedy, kiedy wydaje Ci sie, ze masz dosyc ludzi, ze potrzebujesz samotnosci i ciszy, spokoju, wszystkiego 'samego' byle z dala od tlumow...Z Gruzji latwo sie nie wraca.
Bo kiedy wydaje Ci sie, ze juz nie masz ochoty, ze teraz najlepiej tylko spakowac swoje ciuchy i cierpliwie czekac na samolot. Wtedy wlasnie na Twojej drodze pojawiaja sie nastepni, ktorzy juz tam gdzies byli i polecaja i jedz z nimi i...Nagle ladujesz na granicy Gruzji i Azerbejdzanu i znowu masz wrazenie tej nieskonczonosci, tego tu i teraz...I znowu Gruzja miesza Ci w glowie. Bo okazalo sie, ze wszystko to, co w Twoim swiecie, na Zachodzie jest oczywiste, tam znowu nie ma tak wielkiego znaczenia.



Nie wrocilam wiec.

I moze wcale nie wroce.

Dobranoc,

M.

F jak fake, czyli Gruzja Pradą płynąca.

Kiedy juz udalo nam sie wydostac z przeciekajacego deszczem lotniska, postanowilismy pojechac do centrum Tibilisi, jak Gruzini, czyli zoltym autobusem. Nie do konca zaznajomieni z tamtejszym systemem kupowania biletow i ich kasowania, zdalismy sie na pomoc wspoltowarzyszy. A, ze Gruzini sa bardzo pokojowo nastawieni do turystow, to nie bylo z tym wiekszego problemu. Mieszanina trzech roznych jezykow ustalilismy ilosc biletow i ..w droge.
Oczy nam sie zamykaly, ale dzielnie walczylismy ze snem, bo naprawde, w moim mniemaniu nie ma nic przyjemniejszego niz poznawanie kraju, miasta po raz pierwszy. Kiedy uznalismy, ze podrozy juz dosc, postanowilismy wysiasc na najblizszym przystanku i stamtad zaczac szukac hostelu, w ktorym mielismy spedzic pierwsza noc w Gruzji.
I tak oto, chodzac po (jeszcze wtedy) obcych ulicach, zauwazylismy niezwykle zjawisko. Z perspektywy czasu, mysle, ze to ja (jako kobieta) wypatrzylam te perelki 'chodzace' po ulicach. Jak sie domyslacie, nie  o kobiety tutaj  chodzi, chociaz ich urody naprawde nie zamierzam podwazac.
Wracajac do tematu - zaloze sie, ze wiekszosc mezczyzn najprawdopodobniej zignorowalaby te kolorowe, pelne roznych wzorow, kolorow i metek unikaty. Ale babskie oko wypatrzy duzo. Sila rzeczy wiec nie moglam zignorowac tego, za czym moje oczy podazaly.

Gdyby wiec ktos mnie zapytal o to, co zauwazylam jako pierwsze, spacerujac zmeczonymi nogami po stolicy Gruzji, na pewno odpowiedzialabym...Prade. Gucci. Armani, a ponad wszystko...Chanel. Duzo Chanel. Wiecej niz udalo mi sie zobaczyc podczas wszystkich moich pobytow w Londynie przez ostatnich osiem lat. Loga tych projektantow przewijaly sie wszedzie. Doslownie.
Na odkrytych torsach jeszcze niewyrosnietych, mlodych chlopcow. Na niebotycznie wysokich obcasach pieknych kobiet. Szale, spodnie, paski, chusty, czapki...Nie wspominajac juz o torebkach, ktorych wlascicielkami byly nastolatki, dorosle kobiety i babcie. W Gruzji wszyscy kochaja Chanel!
Na poczatku zastanawialam sie, gdzie wlasciwie kupuje sie takie cudenka. Tutaj, na Wyspach o nie raczej trudno, albo zwyczajnie  nie interesowalam sie tym az tak bardzo, zeby dotrzec do zrodel. Zreszta sama wychodze z zalozenia, ze lepsza jedna, porzadna torba niz tysiac LV 'zdobiacych' szafe.

Co ciekawe, rozmawialam z jedna osoba mieszkajaca od kilku lat w Gruzji i poprosilam, zeby mi podpowiedziala, dlaczego podrobki zalewaja ten piekny kraj i (co wazniejsze) z jakiego powodu ludzie je kupuja? D. stwierdzila tylko, ze te rzeczy sa po prostu tanie i , ze sama nosi Ray Bany za 10 lari :)

Coz dodac?

:)

Dobrego poniedzialku,

M.

A-jak Alfabet (დამწერლობა). Gruzinski.

Trzydziesci trzy znaki wygladajace jak bazgroly namalowane przez dzieci. To jedna z wielu rzeczy, ktora mnie zaskoczyla a zaskoczyc nie powinna.
Przez niektorych nazywany slaczkami, przez innych loczkami. Jakkolwiek go nie nazwac, zawsze jest ten sam problem...Bez niego ani rusz. Przynajmniej w miejscach do ktorych sie zapuszczamy wiedzac, ze malo kto mowi tam po angielsku, a z kolei nasza znajomosc rosyjskiego nie jest az tak dobra, jak nam sie na poczatku wydawalo. W gruzinskim alfabecie zapisane jest wszystko. Nazwy ulic w mniejszych miasteczkach, kierunki marszrutek, stacje, jedzenie...Nie myslcie, ze mnie to dziwi. Nie jestem az taka ignorantka.
Chociaz dzis sama sobie wyrzucam, ze nie znalazlam czasu, zeby zapoznac sie z gruzinskim alfabetem.
Nikt na szczescie nie utrudnial mi zycia, wrecz przeciwnie: ludzie byli bardzo pomocni, chociaz to ja bylam gosciem w ich kraju i spedzenie kilku godzin nad nauka jezyka zapewne by mnie nie zabolalo.
Co by jednak nie mowic, z kazdej sytuacji w ktorej musielismy czytac lub (o zgrozo) pisac, udalo nam sie wyjsc prawie koncertowo.
A to wszystko w mysl zasady: 'koniec jezyka za przewodnika' i z pozytywnym podejsciem. Ze czego nam sie nie uda wytlumaczyc slowami, zostanie wytlumaczone rekoma...

Zeby nikt nie pomyslal, ze jestem goloslowna, ponizej zdjecie przybytku zwanego Burberry.


To, co prawda sklep z oryginalnymi (drogimi) i nie na moja kieszen gadzetami, ale moge Was zapewnic., ze w Gruzji podrobek nie brakuje.
F jak Fake.
Wkrotce.

Dobrego wieczoru,

M.

Good morning, Georgia!

Podobno kazda opowiesc o podrozy jest klamstwem. Wspomnienia, ktore zgarniamy w slowa i zdania. Ktore okreslam i zamykam w ramy sa tylko tym, co ja widzialam. Tak, jak te drzwi, z czerwonym sercem na srodku.
Przechodzilam tamtedy wiele razy a nigdy nawet nie zauwazylam kawalka drewna pomalowanego na czerwono, ktore dla kogos okazalo sie sztuka.
O Gruzji pisano wiele. Sama na jej temat wiele przeczytalam. Byc moze moj wpis nie wniesie do Twoich mysli niczego nowego. A moze ktoregos dnia spakujesz plecak i zapuscisz sie w miejsca, w ktorych nie ma jeszcze tlumu turystow. Cokolwiek zrobisz, niech bedzie Twoje. Jak zawsze.

Gruzji nie sposob opisac szybko, na kolanie. Przez dwa tygodnie, siedzac w marszrutkach, zwiedzajac miasta, gory i koscioly, ani razu nie udalo mi sie napisac nawet slowa. Wzielam ze soba notatnik naiwnie (jak sie okazuje) sadzac, ze zapisze kazda emocje zwiazana z tym szalonym krajem. I, ze potem wszystko zgrabnie przepisze na komputer. Obserwujac swiat i chodzac po ulicach, wielokrotnie dziwilam sie, jak male dziecko. Do tej pory sadzilam, ze widzialam juz cos w swoim zyciu. Ale kraj, po ktorym podrozowalam z plecakiem przez ostatnie dwa tygodnie, wywrocil wszystko do gory nogami. I zupelnie paradoksalnie, wszystko zaczelo nabierac nowego sensu.

Ale zacznijmy, jak zwykle, od poczatku.

Do Gruzji pojechalam bez planu. Ja, pani zza biurka, ktora (przynajmniej teoretycznie) ma zaplanowany kazdy dzien w pracy, wie co i kiedy ma zrobic, za namowa Towarzysza, zdecydowala, ze przez dwa tygodnie nie bedzie planowac. Bylo to dla mnie wyzwaniem. A pierwsza moja reakcja bylo tupanie nozka. Ostatecznym argumentem, ktory przemowil za tymi dwoma tygodniami bez planu, byla mozliwosc wolnosci. Niby kazdy ja zna, wielu rozumie, ale...Okazuje sie, ze na codzien mamy jej zbyt malo.
Wolnosc wiec.
Wolnosc podejmowania decyzji, kiedy chcesz. Przez kompromis, co prawda, ale mialo byc tej wolnosci wiecej niz na codzien. Tak mi przynajmniej obiecywano.


'M., na Wyspach musisz byc wszedzie na czas. Musisz wstac rano, pojechac do pracy, o konkretnych godzinach rozmawiac z klientem. Wyluzuj. Wyluzuj a poczujesz wolnosc.'

Nie bylo to latwe, bo ja lubie planowac nawet o ktorej i co zjem na obiad w przyszly piatek (co prawda z realizacja planow jest roznie, ale plan jako taki byc musi:) I nagle co? Tak bez budzika? Bez ustalania co, gdzie i kiedy? Bez porannej kawy i snucia planow na caly dzien?
Podobno mozna. I o tym mialam sie przekonac wkrotce.

Nastepnym krokiem bylo pakowanie plecaka. Nie jestem szalona i wiem, ze w gory szpilek sie nie bierze, wiec pokornie spakowalam buty trekkingowe, kilka (nascie) koszulek i pare kosmetykow.
Okazalo sie, ze mam top na kazdy dzien i nierozsadna liczbe spodni. Oczywiscie, podczas gdy moj Towarzysz probowal zwrocic mi uwage, upieralam sie przy swoim. Skapitulowalam, kiedy zaczelam sie pakowac. Pozwolilam, zeby T. przejrzal ciuchy i wywalil te, ktorych jego zdaniem nie potrzebuje. Przeforsowalam (oczywista!) te trzy(!) niezbedne mi przeciez do zycia chusty, ale po chwili musialam sie poddac racjonalnemu i bezlitosnemu segregowaniu moich koszulek, spodni, szortow, bluz itd.

Przezylam.

Moglismy jechac.

Tibilisi, ktore jest stolica Gruzji przywitalo nas burza. Poniewaz z zalozenia wyjazd mial byc nisko budzetowy, zdecydowalismy, ze nie wezmiemy taksowki do hostelu, ale przeczekamy burze na lotnisku a potem, o tak zwanej normalnej godzinie, pojedziemy przez miasto autobusem. Skorzystalam wiec z okazji i wyciagnelam spiwor, zeby sie przespac. Sciany i okna lotniska zaczynaly przeciekac, a ja 'poznawalam' Gruzje od podszewki. I o ile na lotnisku nie ma problemu z napisami w jezyku angielskim, o tyle, poza nim, nie bylo juz tak latwo...


Cdn...