Czas spelnienia!

Klub Cargo w Londynie ma to do siebie, ze jest niewielki. I bardzo klimatyczny.
Nie dziwi wiec, ze wchodzac do piwnego ogrodka spotykamy chlopakow z Indios Bravos dyskutujacych zywo na temat charakteru swoich dzieci. Widac, ze ktos tutaj zostal ojcem...Zaskoczenie  mimo wszystko maluje sie na mojej twarzy i spotykajac zespol, zwykle: 'czesc'  staje w gardle. I moze chociaz usmiech niepewny jest pewna komunikacja? A mezczyzni., bo przeciez juz nie chlopcy okazuja niezwykly dystans do siebie, bo kiedy przechodzi kelnerka informujac, ze ogrodek bedzie zamykac, bo jakas impreza ma sie odbyc, oni z usmiechem tylko odpowiadaja, ze wlasnie na niej beda grac.

A na koncercie...Przy scenie blisko odbywa sie spektakl. Na scenie...Sama prawda. Dzwieki starszych utworow porywaja wszystkich. Nowe - spokojniejsze - kolysza.
Starsze plyty Indiosow to chyba poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja i charakteru. Okreslanie samego siebie i bunt przeciw temu, co wokol.
Nowy krazek to spokoj i ukojenie. To tak jakby powiedziec, ze juz nie ja tylko, ale my.
Pieknie spogladac na ludzi, ktorych sluchasz, ktorzy towarzysza Ci swoja muzyka co jakis czas i miec ta swiadomosc, ze razem dojrzewamy. Idziemy w podobnym kierunku, moze troche innymi sciezkami, ale cel jest wspolny.
I pieknie tez wi(e)dziec, ze nie zawiedli cie w zaden spsosob. I nie mam tutaj na mysli muzyki, albo rodzaju plyt bo nie nam wybierac. Mam raczej na mysli ich bycie ludzmi konsekwentnymi w swoich wyborach. Daje to swego rodzaju poczucie bezpieczenstwa i pewna przynaleznosc. A kiedy przed koncertem nie piszesz w glowie wlasnych scenariuszy to tym piekniejsze zaskoczenie i ciagla radosc z bycia tu i teraz.

Mogli przyjechac, zagrac kilka utworow i zejsc ze sceny. Zamiast tego, dali nam najlepsze, co mieli. I niewatpliwie  rozmiary Cargo,  sprzyjaja takim zblizeniom, ale chocby i klub byl najmniejszy - to artysta decyduje o tym, jak bardzo chce sie zblizyc do publicznosci.  I chociaz nie urodzilam sie wczoraj i plasalam w zyciu  na niejednym koncercie to pierwszy raz widzialam, zeby artysta zszedl zwyczajnie ze sceny w tlum, zeby pobyc z nim przez chwile.

Kazda zarwana noc a potem oczy zamykajace sie przed komputerem w pracy - wszystko warte takich emocji, takiej radosci, takiej energii. Zdarte gardlo, lapanie snu w drodze do domu, zimne stacje metra i uchwycanie mysli, zeby zdazyc o wszystkim opowiedziec.

Polecam kazdemu!

M.