Za co lubię dziś ludzi?

Dziś będzie bardzo krótko i chyba nawet bardzo na temat.
Pytanie jest przecież dosyć proste, prawda?

Za co lubię dziś ludzi...Pana kierowcę na przykład polubiłam dziś bardzo.
Bo chociaż stałam na przystanku zakręcona zupełnie nie zauważając, że światła i, że nikt nie będzie w stanie tam dojechać, żeby mnie zabrać to pan kierowca zatrzymał się po drugiej stronie ulicy, żeby zamachać i upewnić się, że nie stoję tak bez sensu.

Lubię pana sprzątacza, który nie przestaje mnie zaskakiwać swoim codziennym optymizmem.

I starsze panie czekające na autobus lubię, kiedy opowiadają sobie historie a mi dane jest się przysłuchiwać i uśmiechać w duchu.

I kawa z uśmiechem podana, bilet na pociąg i za każdym razem uśmiech odwzajemniony, bo i zaraźliwy.

A potem jeszcze lubię Indiosów za ich niesamowite, życiowe utwory, które mnie nakręcają i nucę potem, przytupując i fałszując nie specjalnie...

Lubię moich Rodziców za paczkę - niespodziankę, w której zawsze czai się wędzony kurczak :)
I Pan, który dziś przywiózł mi meble i zaoferował pomoc, chociaż wcale nie musiał, ba - nawet nie powinien!Jego też lubię!

I jakoś tak łatwiej z uśmiechem...

Miłego dnia!

#Anglia#Emigracja#Ludzie

Plan your funeral, then...enjoy your life.

Anglicy są narodem wydawałoby się dość zorganizowanym, ale przede wszystkim mają wiele rzeczy zaplanowanych i są ludźmi, którzy podążają pewnymi, utartymi wcześniej ścieżkami.
Mówi się wtedy, że tak po prostu jest i tak po prostu wypada żyć.
Anglicy są ludźmi dla których utarte ścieżki są jakby drogowskazami którymi powinni podążać nie zastanawiając się specjalnie czy ja tak chce. Czy to moja droga?
Czy to w ogóle będzie działać?

Kiedy przeciętny Anglik kończy szkołę, co może nastąpić w wieku szesnastu, osiemnastu czy dwudziestu kilku lat w zależności od tego jaką drogę wybrał...wtedy właśnie decyduje się na tak zwany gap year. Wyjeżdża na jakaś wycieczkę. Najczęściej dookoła świata, najczęściej zgodnie ze wskazówkami zegara. Najczęściej nocując w hotelach. Używam słowa: 'najczęściej', bo są rożni ludzie i nie można i nie warto nawet  wrzucać ich wszystkich  do tego samego worka.
Wracając do tematu...Brytyjczycy jadą na wycieczkę, po roku z takiej wycieczki wracają, podejmują pracę, która z reguły odpowiada temu, co studiowali na uniwersytecie i...idą przed siebie.

Poznają  kogoś, biorą kredyt na trzydzieści lat, kupują dom i... idą dalej...Daleka jestem od krytyki takiego postępowania i takiego modelu życia. W końcu dobrze jest wiedzieć, do czego dążymy, co chcemy osiągnąć i dokąd dotrzeć. Gratuluję tym, którzy dowiedzieli się o tym przed trzydziestką. A co!

Kiedy rok temu kupowałam dom, byłam zmuszona wybrać się do banku w celu ustalenia kilku przelewów. Miła pani zza biurka zapytała, czy jestem właścicielką nieruchomości na co ja z dumą odparłam, że ja tak, że oczywiście i mój uśmiech  numer pięć. Sama radość!
Właściciel nieruchomości - to brzmi dumnie!

Pani zapytała, a raczej bardziej stwierdziła, wnioskując, ze mam na pewno spisany testament. Leży i czeka w bezpiecznym miejscu. Nie byłam pewna, czy ją zrozumiałam, bo pytanie wydawało mi się co najmniej dziwne.
Kiedy jednak dotarło do mnie, że przemiła pani pyta po prostu czy zdążyłam już w wieku trzydziestu lat, nie mając ani  męża, ani dzieci, zdecydować kogo obdarzę wątpliwym darem w postaci kredytu na kolejne dwadzieścia pięć lat, postanowiłam mówić prawdę i tylko prawdę.

Nie.
Nie mam.

Ale planujesz? No wiesz...wybrać się chociaż do prawnika...
Nie.

Nie planuję.

Na pewno nie dziś.
Nie czuję się umierająca, nie leżę w łóżku. Nie umieram.

Chyba.

Na twarzy pani malowało się co najmniej zmartwienie. Na tyle, na ile jej stanowisko pozwalało, patrzyła na mnie ze współczuciem.
Zaznaczyła tylko, ze warto byłoby się nad ewentualnym testamentem zastanowić.  Nie dziwne więc, ze poczułam się tak jakbym wychodząc z banku miała zostać potrącona przez któregoś z szaleńców w czarnym bmw.

Na odchodne uśmiechnęłam się tylko życząc wszystkiego dobrego.

Do tej pory nie spisałam testamentu. Nie należę też do tych, którzy ubezpieczają się na wypadek siniaków na tyłkach.
Ubezpieczenie wykupuję wtedy, kiedy lecę daleko. Bardziej dla innych, niż dla siebie. Żeby nie musieli płacić za ewentualne sprowadzenie ciała.

No i jeszcze wtedy, kiedy lecę pewnymi liniami, o których to nigdy nic nie wiadomo...

Ale angielskie podejście do życia podziwiam, z lekkiego dystansu. Otwieram szeroko oczy, kiedy słyszę o tych wszystkich sprecyzowanych planach, określonych celach. I tez martwię się, zdając sobie sprawę, że tak mało tam miejsca na spontaniczność, na nie myślenie o tym, co  jutro, za tydzień, czy za rok.
Na nie myślenie o tych wszystkich wydarzeniach, które przed nami i na które nie mamy wpływu przecież.

I strach, żeby zbyt mocno się nie wychylać.

Dobrego dnia.

M.