Opowiedz nam o Nepalu Część 2

Nepalu trzeba dotknąć. Nie, nie trzeba się z nim zgadzać, ale trzeba zaakceptować reguły.
Albo idziesz z falą, albo przegrywasz. Albo godzisz się na gorący dzień i cholernie zimną noc, albo klniesz niezadowolony. Nie ma nic za darmo. Nie ma, o tak, bo chcę!

Kiedy chcesz zobaczyć te słynne na cały świat Himalaje, to zerwiesz się o czwartej nad ranem w pełnym ubraniu i przejdziesz ciemny las, bo latarka już dawno straciła na ważności i nie świeci zwyczajnie. Bedziesz dyszeć, sapać, klnąć na własną nie - kondycję, ale ani duma ani ambicja nie pozwolą Ci nie iśc dalej. Zimno? Niezbyt wygodnie? Pech. Chcesz zobaczyć coś niezwykłego to idź.
Bez gwarancji żadnej, ale o tym zapominasz bo przecież Tobie zdarzyć się musi.
Taki ważny jesteś? Bzdura. A nawet jeśli, to możesz być ważny tam, gdzieś w swoim zachodnim świecie siedząc przy biurku i myśląc, że caly świat kręci się wokół pieniędzy.
W Nepalu jesteś gościem i im prędzej sobie to uświadomisz tym lepiej.
Dla Ciebie, dla nikogo innego.
A i jeszcze nie waż się myśleć, że każdy Twój wysiłek zostanie wynagrodzony. Nic bardziej mylnego! Długie marsze, pot i złość możesz sobie wsadzić w... buty. Lepiej dla Ciebie, żeby były one wygodne.
Ten kraj nie wyjdzie naprzeciw Twojej zachodniej naturze. Nie pogłaszcze po głowie, nie zrozumie przybysza rozwiniętego kraju, bo i po co?

Chciałeś podróżować po miejscach niezwykłych? Proszę bardzo. Ale nigdy, naprawdę nigdy nie oczekuj, że będzie łatwo.
Nie porównuj Nepalu do wakacji all inclusive. Zamiast tego, weź swój zakurzony plecak, zakryj twarz maską albo chustą i idź swoją drogą.

Otwórz się na nowe doświadczenia, zapachy i na ludzi.
Zaakcepuj nowy kraj i nie chciej go zmienić.
Nie ustawaj w poszukiwaniach, nie przestawaj się dziwić.
Zamiast tego otwieraj szeroko oczy i nie pozwól swojej dorosłości wywołać w Tobie strachu przed nowym.

Kiedy już staniesz na górze, żeby podziwiać widoki, a okaże się, że dzisiaj jeszcze nie czas, zejdź spokojnie i uśmiechaj się do ludzi. Napij się z nimi herbaty, wysłuchaj i uzbrajaj się w cierpliwość.
Natura...Natura rządzi się swoimi prawami.
Kiedy po kilku dniach oczekiwania na majestatyczne, gigantyczne, najwyższe szczyty na świecie, postanowisz kupić bilet do zatłoczonego Kathmandu, natura znowu zagra Ci na nosie i pokaże swoją wyższość. Zamiast więc gnać do miasta na złamanie karku, zostań jeszcze jeden dzień w górach...Warto. Warto dla tych kilku niepowtarzalnych chwil.
Wschód słońca nad Himalajami wynagrodzi Ci Twoją cierpliwość.

Zaufaj i uwierz, że to, co widzisz, chociaż tak inne od Twojej codzienności, zostawi w Tobie wspomnienie, które być może będziesz pielęgnował do końca.

I chociaż usłyszysz, że nie zawsze warto, że to niepotrzebne a noga znowu zacznie tupać...Odkrywaj.

M.


Z Wysp gotuje: Alternatywa dla angielskiego śniadania.

W każdy weekend udajemy się do kafejki w której serwują najlepsze pod słońcem, angielskie śniadanie. Bywa jednak, że z różnych istotnych lub mniej istotnych powodów, śniadanie to, trzeba sobie zorganizować samemu.
I tak, po raz kolejny zainspirowana angielska kuchnią, postanowiłam podzielić się z Wami sposobem na trochę inne angielskie śniadanie.

Zapraszam!


Składniki:

1 muffinka
1 jajko
1 kawałek bekonu




Przygotowanie:

1. Na patelni podsmażamy bekon według uznania
2. Po 2 minutach dodajemy jajko
3. I ponownie - smażymy tak długo, jak nam się podoba
4. W międzyczasie muffinkę smarujemy odrobiną masła i wstawiamy wodę na kawę

Efekt końcowy wygląda mniej więcej tak:





Smacznego!


M.

Nie od razu Rzym zbudowano...

A juz na pewno nie w trzy dni!
Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości to polecam sprawdzić...Bo chyba najlepiej opinię własną wykreować na podstawie: 'Veni, vidi...' niż na tej znalezionej w internetach.

Rzym miał być krótką odskocznią od rzeczywistości, kiedy to urlop wykorzystany a na horyzoncie nie maluje się żaden konkretny pomysł. Miała to być przerwa od pracy i ucieczka od szarości.
Miasto, krótko stwierdzając spełniło swoje zadanie i tak oto, w poprzedni weekend, Rzym otworzył przed nami swoje podwoje...

W porównaniu do deszczowego i zimnego o tej porze roku Londynu, włoska stolica okazała się ciepła i bez deszczu. Kurtki zimowe zostały na Wyspach. W ruch poszły wygodne buty i uśmiechy na podekscytowanych twarzach.
W Rzymie wylądowałyśmy przed północą, miałyśmy więc okazję zobaczyć metropolię z jej innej, trochę brzydszej strony. Jak  każde większe miasto  Rzym w nocy również odsłania swoje niedoskonałości. Widok śpiących pod mostem bezdomnych nie jest niczym niezwykłym, ale też nie należy do najprzyjemniejszych...Odbiera również chęci (ze strachu najpewniej) na spacer nocną porą, dlatego jedyne,  na co ma sie ochotę to ciepłe i bezpieczne miejsce.
I tak znalazłyśmy się w hotelu, o kórym mówiono, że leży w jednym z najlepszych punktów Rzymu a Colloseum jest na wyciagnięcie ręki. Cóż, muszę przyznać, że czułam dużą presję i odpowiedzialność, bo to na mnie spoczywał obowiązek znalezienia i zarezerwowania miejsca do spania. Dziwnym trafem nie doczytałam, że hotel znajduje się w starej kamienicy, tuż nad klubem dla transwescytów. Strach mnie jednak obleciał, kiedy panowie z obsługi prowadzili nas na któreś z kolei piętro i otwierali kluczem drzwi po drzwiach...Pomyślałam, że przy rezerwacji musiał nastąpić jakiś błąd i za chwilę wylądujemy w szemranym miejscu, zabija nas, poćwiartują i wrzucą do rzeki. Na szczęście, panika okazała się zbędna a ja (nie bez dumy) słuchałam zachwytów koleżanek.

I tak, miasto Rzym zachwyciło mnie od razu.
Na pierwszy ogień wziełyśmy Watykan...O historii tego miejsca nie zamierzam jednak pisać, ponieważ wszystko, co potrzebujemy wiedzieć, można znaleźć na Wikipedii.
Nie będę zapewne oryginalna, kiedy napiszę, że miejsce robi wrażenie. Swoim rozmiarem i wszystkim tym, co się tam znajduje. Przypuszczam tez, że dla wielu wierzacych Polaków jest to miejsce szczególne. Każdy, ko nie miał okazji odwiedzić Watykanu za panowania Jana Pawła 2, zdaje sie szukać tam jego śladów. Język polski słychać bardzo  często a wokół grobu papieża Polaka spotkać można modlących się rodaków. Nie sposób ukryć, że jako naród jesteśmy dumni.
Chcę w to wierzyć.
Kiedy już przejdziemy bazylikę, nie powinniśmy ominąć jej ważnej (i niezwykle pięknej) części.
Kopuła, na której taras można się dostać windą lub schodami ( o ile mnie pamięc nie myli, jest ich 551) robi wrażenie niezwykłe. A widok rozciągający się na Rzym, zwyczajnie zapiera dech w piersiach. Przy sprzyjającej pogodzie i mniejszym tłumie naprawdę warto spędzić tam kilka chwil.

Natomiast nie warto (!) wejść do pierwszej, lepszej knajpy, do której zapraszaja Włosi. Może sie okazać, że dostaniemy wątpliwej jakości obiad odgrzany w mikrofali. Nie tego sie przecież spodziewamy wybierając się do Włoch, prawda?
Czasem jednak warto zapomnieć o tych mniej przyjemnych doświadczeniach i z werwą poddać się energii miasta i miejsc, których przecież jest tyle do odwiedzenia!
Hiszpańskie schody, niewielkie i wąskie uliczki, place, fontanny. Ludzie pędzący w swoją stronę, a wszystko to na tle wiecznego miasta.
Trudno oczywiście nie dostrzec tłumu turystów starających się zobaczyć (co nie dziwi) jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, ale przyjemnie jest po prostu usiąść gdzieś na ławce i...być.
Rzym (podobnie jak Londyn) to miejsce w którym mogłabym żyć. Język włoski wydaje się tak dźwięczny, iż sprawia, że chciałabym się go natychmiast nauczyć! Ludzie są przemili i pełni energii i mają w sobie uśmiech, którego tak czasami brakuje...Jedzenie (!) pieści zmysły, dlatego współczuję każdemu, kto w takich chwilach jest na diecie.
Na targu, na Campo de' Fiori można kupić różnego rodzaju (i koloru) makarony a sprzedawcy kuszą smakiem pomidorowego pesto z pistacjami. I chociaż mówi się, że ceny są iście europejskie to nie sposób opuścić targ z pustymi rękami...Świeże warzywa, owoce, słońce, ludzie i dobra energia sprawiają, że z Rzymu łatwo się nie wyjeżdża...Może czas dla tego wiecznego miasta zwyczajnie się zatrzymał?
Trudno nie pokusić się o takie stwierdzenie, kiedy obok nowoczesnych butików wyrastają starożytne budynki. Trudno nie zachwycić się historią po której tak wiele się człowiek spodziewa.
I znowu świat daje mi do zrozumienia, że tak niewiele widziałam...



I nachodzą mnie czysto egzystencjonalne pytania. Że niby czym jest życie człowieka w porównaniu do tak zwanej wieczności? Kiedy uświadamiasz sobie, że obok Ciebie stoją ( i jeszcze długo będą stały) ruiny tak stare i tak wieczne, że prawie nie sposób sobie tego wyobrazić.
Elizabeth Gilbert w swojej książce: 'Jedz, módl się i kochaj' wspomina o ruinach, jako drodze do transformacji.

'Ruin is a gift.Ruin is the road to transformation.'

Idac tym tropem, śmiało można powiedzieć, że Rzym jest jednym z tych miast w którym chce sie wszystko zmienić i wiele zacząć od nowa. 
Kiedy jestem na urlopie, zawsze mam wrażenie, że tak właśnie chcę żyć - ogladać świat, zachłysnąć się nim, poznać nowe miejsca nieustannie otwierać oczy z zachwytu. Jakby na złość tej wszechobecnej rutynie, przytłaczającym obowiązkom i codzienności, która  zapominam czasem polubić.
Świat byłby znacznie bardziej szczęśliwy, gdyby ludzie robili to, czego pragną a nie to, co wypada.
I może tez wtedy, gdybyśmy nie bali się tak bardzo zawalczyć o własne (nasze tylko!) marzenia.

Rzym, który zauroczył mnie swoją nieprzemijalnością na poczatku byl tylko niewielkim, ale wciąż niespełnionym marzeniem. W życiu widziałam już kilka starożytnych miast, ale żadne  chyba nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Koloseum, które stoi tam od tysięcy lat, nie pozwala na obojetność. Chodzisz tam prawie na palcach i dziwisz się jak dziecko. A dziwić się oczami dziecka to też swojego rodzaju dar. Bo nagle okazuje się, że nie wszystko jest stracone...




Rzym?

Polecam!

M.






Z Wysp gotuje: Czarny* makaron z owocami morza

Ostatni weekend stycznia okazał się weekendem pełnym wrażeń wszelakich. Od tych, kiedy oczy otwierałam szeroko i tych, kiedy wesoło wystawiałam twarz do słońca, bo południe Europy okazało się pogodowo bardzo łaskawe aż po wrażenia kulinarne o których chcę dziś napisać.

Ktoś powiedział, że będąc w Rzymie, nie można sie nie skusić na buszowanie po targu na Piazza Campo de' Fiori. Dla mnie targi są ucztą zapachów i smaków. Mogę się po nich włóczyć bez celu bez konieczności kupna czegokolwiek.
W tej bezcelowej wędrówce wypatrzyłam jednak ciekawe zjawisko. Wśród różnokolorowych i różnokształtnych makaronów, mój wzrok przykuł makaron koloru... czarnego. 
Zaskoczona byłam, muszę przyznać.
Może zbyt mało świata widziałam? :)
Nic to!

Postanowiłam ową nowość zakupić i czym prędzej przyrządzić, bo jak sie okazuje, cztery dni na makaronie we Włoszech  zobowiązują.

Zapraszam!


Składniki:

250g czarnego makaronu
Kilka suszonych pomidorów
250g krewetek
100g kalmarów
Łyżeczka pasty z pomidorów z pistacjami
Sos pomidorowy

Przygotowanie:

1. Na patelni rozgrzewamy masło
2. Wrzucamy krewetki i kalmary i smażymy ok 5 minut
3. Dodajemy suszone pomidory mieszając
4. Po okolo 7 minutach dodajemy sos pomidorowy
5. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku
6. W międzyczasie gotujemy makaron (10 minut)

Kiedy makaron jest już gotowy, dodajemy łyżeczkę pasty z pomidorów i pistacji.








*Czarny makaron zawdzięcza swój kolor atramentowi z kałamarnicy.

Smacznego!

M.