9 miesięcy:Bla, bla, bla...

Ciąża to niewątpliwie dobry czas, żeby porozmawiać z innymi mamami, dowiedzieć się ciekawych rzeczy i skorzystać z doświadczenia innych, jeśli tylko mamy na to ochotę.
Sama wychodzę z założenia, że jeśli chcę wiedzieć , powinnam pytać, bo nikt nie będzie czytał w moich myślach. To samo dotyczy sytuacji odwrotnej - jeśli ktoś pyta mnie o radę- chętnie się wypowiem, ale staram sie nie wypowiadać niepytana.
I o ile rady bliskich czy przyjaciół bardzo sobie cenię o tyle te niemalże wciskane mi na siłę bardzo często potrafią mnie zirytować.
Nie raz już pewnie wspomniałam, że  nie urodziłam się wczoraj i coś tam o życiu zdążyłam się przez tych trzydzieści lat dowiedzieć. Niezmiennie też nie lubię zwyczajnie, kiedy ktoś próbuje mnie nastawić negatywnie do rzeczy, których sam nigdy nie spróbował, do krajów, których nigdy nie odwiedził i do sytuacji, których nie dane mu było przeżyć.
Do tego ciąża wydaje się wspaniałym pretekstem dla mężczyzn, żeby pouczać siedzące przy tym samym biurku kobiety.
I chociaż na rady kobiet udaje mi się przymknąć oko to mężczyzna mówiący mi o bólu porodowym jest irytujący i  śmieszny. Tak, drodzy panowie - nie słyszałam jeszcze, żeby kobieta kiedykolwiek wypowiadała sie na temat bólu po kopnięciu w jądra, za to wy zdajecie się mieć dobre rozeznanie w fazach porodu. Czyżby któryś z tak żarliwie komentujących poród panów kiedyś przez ból porodowy przechodził?


Poród boli. Ale drugie dziecko to jak przechadzka po parku. Zobaczysz.

Pomijając kwestię, że każdy poród (i każda kobieta) to inna historia, nigdy nie byłam tak naiwna, żeby myśleć, że poród należy do przyjemnych doświadczeń.
Ale nie chcę sobie teraz tym zawracać głowy. Nie chcę myśleć, jak bardzo będzie bolało, czy stanie się to w dzień, czy w nocy, czy ktoś będzie przy mnie i ile godzin spędzę w szpitalu. Myślę, że wiedza ta nie jest mi teraz potrzebna do życia i niewiele też mogłaby zmienić w moim ogólnym podejściu. Dlatego właśnie w moim pojęciu, nie ma potrzeby przejmować się czymś na co zupełnie nie mam wpływu. Ale wielu ludzi woli ciągnąć temat, wyrażać swoje opinie i chyba...straszyć. Zwyczajnie straszyć. A mnie wystraszyć jest bardzo łatwo :)
Ciekawe jest, że z tego typu opiniami częściej przychodzą mężczyźni niz kobiety.
Matki które urodziły zdają się patrzeć na kwestie porodu trochę inaczej, a przede wszystkim nie widzą powodu dla którego miałyby  przyszłą matkę straszyć na potęgę. Raczej powiedzą, że każda kobieta jest inna, że straszyć na siłę nie potrzeba a o bólu łatwo później zapomnieć.
Niektóre oczywiście rozpędza się na maksa  a Ty niechcący dowiesz się o rozerwaniach, szyciu, bólu i o wszystkim tym o czym słuchać nie chcesz.
Powodzenia w zatrzymaniu tych zwierzeń.

Skończy się Twoje dotychczasowe życie.

Jak każdy, jestem świadoma, że przez kilka kolejnych lat nie będę mogła się włóczyć po najtańszych hostelach w mniej popularnych wśród moich kolegów krajach.
Ale...Czy niektórzy nie wykorzystują dziecka jako wymówki do porzucenia swoich marzeń? Nie wierzę i nikt mnie nie przekona, że rodzice, kiedy właśnie stają się rodzicami, nagle przestają marzyć. Nie ma takiej możliwości! Z pewnością, kiedy dziecko przychodzi na świat, nie tylko robimy dodatkowe miejsce w szafie i kupujemy mnóstwo niezbędnych rzeczy. Zmieniamy też swoje priorytety. Pewne sprawy przestają się liczyć, stres w pracy nie jest już warty świeczki...Ale czy musimy zapominać kim byliśmy i co chcieliśmy osiągnąć przed tym zanim pojawiły się dwie kreski na tym kawałku plastiku?
Co sprawiało, że się uśmiechaliśmy? Co sprawiało, że stanęliśmy na chwilę w miejscu i powiedzieliśmy sobie: 'Tak, jestem szczęśliwa?'
Nie chcę myśleć, że życie się skończy. Zmieni się. I nie mogę się tego doczekać. Ale chcę też wierzyć, że dziecko może byc motorem a ja jego inspiracją.
Trudno pogodzić mi się z tym, że zmieni się wszystko. Rozumiem, że pewne sprawy, plany, marzenia, będą musiały poczekać, ale jeśli są wystarczająco silne, żeby kłuć mnie gdzieś w boku, żeby niepokoić tuż przed snem to przecież nie dadzą o sobie zapomnieć a ich spełnienie będzie tylko kwestią czasu, prawda?

Musisz to mieć!

Nie jest tajemnicą, że każdego dnia jestesmy wręcz bombardowani reklamami, bilboardami które zdają się mówić, że bez bezprzewodowego odkurzacza nasz dom nie będzie doskonale czysty, a jesli telewizor to tylko w największych (a jakże!) rozmiarach.
Podobnie jest z rzeczami dla dziecka.

Pamiętaj, żeby kupić jeden z najdroższych wózków. Powód? To mercedes wśród wózków!
I zapewniam cię też, że nie obejdziesz się, nie przeżyjesz nocy bez ekspresu do robienia mleka. Jest wart absolutnie każdego pensa!
Ciuszki? Tylko z tej(i tutaj następuje litania co droższych na Wyspach sklepów) firmy!
No i nie zapominaj o pompce do odciągania mleka, łóżeczku wiklinowym (ale...) i bramkach na schody...Już? Już.

Dziekuję za rady.

M.


Z Wysp gotuje: Rosołek. Tajski. Dla prawdziwych macho.

Tajski rosołek

Jest dla mnie niezwyklym antidotum na dolegliwości wszelakie. Ostrość jest do opanowania na każdym etapie gotowania. Skladniki można zamieniać  i zupełnie tak, jak nasz tradycyjny, polski rosół, tak i ten nigdy nie smakuje tak samo. Ale zawsze jest pyszny!

Zapraszamy!


                                                                  Składniki:

500 gram surowych krewetek
2 puszki mleka kokosowego
Pasta curry
1 opakowanie makaronu ryżowego (300g)
Tacka młodej kukurydzy (175g)
Imbir
Papryczki chili (według uznania)
Kiełki fasoli
Marchew
Zielona fasola
Garść swieżej pietruszki



Przygotowanie:




1. Do garnka wrzucamy słoiczek pasty curry, wlewamy mleko kokosowe i gotujemy około 5 minut.
2. Następnie dodajemy surowe krewetki i gotujemy do momentu aż zmienią kolor na różowy.
3. Do osobnego (dużego garnka) wlewamy oliwę z oliwek a następnie dodajemy marchew, kukurydzę, zieloną fasolę.
4. Kiedy warzywa zmiękną, dodajemy do nich gorące mleko kokosowe zmieszane z pasta curry.
5. Na końcu dodajemy makaron ryżowy
6. Przy podaniu sypiemy garść (zależnie od preferencji) chili, kiełki fasoli i pietruszkę.







Smacznego!

M.

Telefony, telefony.

'Ostatnio kupiłam taką dużą słuchawkę na USB, podłączyłam do iPhone'a i położyłam w jednym miejscu, jakby to był telefon stacjonarny. Zostawiałam go więc w domu. Na początku czegoś mi brakowało. Wracałam do domu, robiłam sobie herbatę, siadałam i w pół godziny załatwiałam wszystkie sprawy. Tak jak dawniej! Kiedyś, nie tak dawno przecież, było tak, że jak się do kogoś dzwoniło i nikt nie odbierał, to było wiadomo, że go nie ma w domu. Trzeba było spróbować wieczorem. Teraz brakuje gradacji, wszystkie sprawy wydają się tak samo ważne, telefon dzwoni, więc trzeba go odebrać. Tak samo jest z informacjami, nie ma podziału na to, co jest ważne i co może poczekać. Trzeba się nauczyć stawiać granice temu cholernemu urządzeniu. Kiedyś człowiek szedł i widział, co się wokół niego dzieje - idzie dziadek z psem, stoi drzewo. Gdy zrobiłam ten telefoniczny eksperyment, to świat wydał mi się piękniejszy. Byłam też dużo bardziej skoncentrowana.'
Joanna Kulig

Usiadłam dziś w poczekalni u lekarza. Przede mną siedziała para. Przez kilka dobrych minut nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa. Obserwowałam ich znad książki i zastanawiałam się, jak ja czasem wyglądam, kiedy siedzę z kimś w jakimś oczekiwaniu. Czy też jestem pochłonięta tym, co dzieje się na ekranie mojego telefonu? Czy gorączkowo sprawdzam wiadomości, zerkam na Facebooka albo gram w grę? To zdarza się wszędzie. Czasem mam ochotę zapytać te osoby, czy mogę zrobić im zdjęcie, bo wyglądają całkiem zabawnie - każde zamknięte w swoim wirtualnym świecie.
Mijam tych ludzi na stacjach kolejowych, w barach, przy śniadaniu. I pytam wtedy bardziej samą siebie- gdzie jest to nasze tu i teraz? Gdzie są zwykłe rozmowy, żarty, uśmiechy?
Odrywamy się od telefonu tylko na chwilę, żeby zobaczyć, co kelner przyniósł nam dziś na talerzu, chociaż od zawsze zamawiamy to samo. Potem koniecznie robimy zdjęcie i informujemy naszych znajomych o tym, co właśnie mamy zamiar zjeść. Posiłek przeważnie spożywamy w ciszy, albo co chwilę zerkając na telefon - przecież trzeba nam wiedzieć, kto polubił nasze, przed chwilą dodane zdjęcie.
A potem wpadamy w taką trochę przez nas samych zastawioną pułapkę. "Przyklejamy" telefon do ręki i od innych oczekujemy tego samego.
Od czasu, kiedy zaczęlismy używać telefonów komórkowych, jesteśmy bardziej dostępni, łatwiej nas złapać. Są sytuacje, kiedy trzeba z kimś porozmawiać właśnie w tej chwili i wtedy telefon jest gadżetem niezastąpionym.

Tylko...

Dlaczego nagle wymaga się od nas, żebyśmy natychmiast odbierali telefon, odpisywali na wiadomości, smsy? Dlaczego, kiedy oddzwaniam po kilku godzinach, albo nawet dniach nie mogę oprzeć się wrażeniu, że osoba po drugiej stronie słuchawki ma do mnie pretensję, bo nie odebrałam, nie odpisałam, nie dałam znać...? Gdzie kończy się moje bycie sam na sam ze sobą a zaczyna prawo kogoś innego do mówienia mi, co mam robić? 
Znam ludzi, którzy telefon traktują jak zło koniecznie. Kiedy tylko mogą, zakopują go gdzieś na dnie plecaka, wyciszają i nie ma takiej siły, która zmusiłaby ich do zerknięcia na to urzadzenie, częściej niż raz na kilka godzin. Nie czują potrzeby wysyłania czy odpowiadania na wiadomości w tempie ekspresowym. Wszystko w swoim czasie.
O, weźmy na przykład mojego kolegę. Telefon, co prawda posiada, ale mieszka na farmie, gdzie nie zawsze ma zasięg. Jest typem outsidera, chodzi własnymi ścieżkami i nie bardzo przejmują go opinie innych.
Czasem mu zazdroszczę.
Dojeżdza do pracy zdezelowanym samochodem, robi swoje i nie daje się wciągnąć w gierki typowe dla środowiska w którym się obraca.
Pewnego dnia przyszedł do pracy, ale okazało się, że musiał pocałować klamkę. Oczywiście, firma powiadomiła go, że tego i tego dnia nie ma po co przychodzić do pracy, bo awaria, cisza i nie trzeba. Ale skąd miał o tym wiedzieć, skoro zasięg marny a telefon i tak głęboko w kieszeni? Do tego nie naładowany. Dla mojego kolegi była to sytuacja zupełnie naturalna. Dla jego współpracowników, dorosłych zreszta ludzi - śmieszna.
Bo głupi, niepoważny, bo przecież w dzisiejszych czasach telefon komórkowy mieć należy a przy tym, trzeba go zawsze odbierać! Nie zabrakło komentarzy przykrych, że farma, zadupie, że jak w więzieniu niemalże!
A ja pytam tylko: kto tak naprawdę jest więźniem?

Nie ukrywam, że kiedy ktoś nie odbiera telefonu, szczególnie osoba nadzwyczaj mi bliska, jestem zwyczajnie wściekła, bo choćbym stanęła na głowie, nie jestem w stanie sie do nich dodzwonić a to tylko potęguje frustrację.
Z drugiej strony - są osoby, które swój telefon traktują jak przedłużenie prawej ręki. Spróbuj z taką koleżanką/kolegą  usiąść przy kawie. Najpewniej usłyszysz dźwięk przychodzących wiadomości a potem zobaczysz tylko przepraszającą minę, pod tytułem: 'To tylko na chwilę i ja naprawdę m u s z ę odpisać.'
I uwierz mi na słowo - to nie będzie tylko jedna wiadomość. Spotkanie może trwać potem jeszcze kilka godzin, ale zapewniam Cię, że wiele z niego nie wyniesiecie.

Bywa, że czuję się trochę pod kontrolą, kiedy nawet Facebook informuje moich znajomych, kiedy przeczytałam od nich wiadomość. Z łatwością można poczuć się pod presją. I nie, wcale nie uważam, że przesadzam. Jeśli ktoś zauwazy, że wiadomość została przeczytana, po najwyżej kilku dniach domaga się odpowiedzi.

A co jeśli nie ma odpowiedzi na kolejne zdjęcie, bo zwyczajnie nie potrafię się do niego odnieść?

Albo nie chcę?

Nie bo nie.

Podobnie rzecz ma się z wszelką maścią komunikatorami.

Masz prawo się jednak nie zgodzić.

Ale oprócz tego narzekania i frustracji, mam jeszcze apel.
Jak jesteś w pracy , w teatrze, w kinie albo w poczekalni u lekarza - ścisz telefon.
Proszę.
To naprawdę nie boli. A jeśli przez dwie godziny nie sprawdzisz żadnego z komunikatorów - uwaga - przeżyjesz. Nic sie nie stanie, świat sie nie zawali a ludziom wokół sprawisz tym ogromną przyjemność.
Nie sądzę, żeby kogokolwiek z Twoich znajomych szczególnie obchodził fakt, że właśnie przyjmują Cię na porodówkę (tak, tak) albo oglądasz 'Szybkich i wściekłych.'
Przeżyjemy i bez tych informacji.
Jesteś w bardzo modnej i bardzo drogiej restauracji w Londynie? Winszuję! Ale niech pierwszą rzeczą nie będzie 'check in' tylko dla odmiany jakaś rozmowa  z ludźmi z którymi przyszedłeś. Chyba po to tam jesteś.
Albo się mylę?

Pozdrawiam!

M.