Co mnie na Wyspach zaskoczyło.

Wysiadam z autobusu niepewna zupełnie dokąd powinnam pójść. Wiem tylko, że skupić się wypada bo ruch jest lewostronny i nie ma żartów.
Londyn jest ogromny. Nie lubię. Zbyt dużo ludzi, mnóstwo innych jezyków no i przede wszystkim ten cały angielski z którego rozumiem może co dziesiąte słowo.
Wszystko wydaje mi się duże, w dużych ilościach, może nawet przesadzone trochę .Jest niedziela.
Ludzie pędzą, jak szaleni. Dlaczego w ogóle miałoby mi się tutaj podobać?
Nie zapuszczę w tym miejscu korzeni. To pewne.
Kolor nieba? Mało zachmurzony nawet. Gdzie ta cała mgła z której słynie Anglia? Gdzie deszcz i ciemne niebo?
Siadam na przystanku obok innych Polaków, których ktoś za chwilę ma odebrać.
'Ja do córki. Dziecko urodziła to pomóc przyjechałam. Ale tylko na kilka miesięcy.
A Ty?'
A ja? Nie wiem.
Przyjechałam, bo tak, chyba bez wyraźnego powodu. Skończyłam szkołę, dostałam kilka funtów na drogę, spakowałam ciuchy do nowej walizki i jestem.
Mam też kilka sztang papiersosów na sprzedanie. A może sama wypalę?
Za kilka dni do pracy na zmywak. Jakoś będzie. W końcu to tylko na trzy miesiące, nie dłużej.
Taki wstęp.
A potem mnóstwo zaskoczeń.

Ludzie mili.

W kilka dni po przyjeździe idę do pracy. Mijam szare domy, ludzi z psami...No właśnie, ludzie. Pytają, jak się mam nawet mnie nie znając. Nie do końca pewna jestem po co i dlaczego interesuje ich moje samopoczucie, ale odpowiadam grzecznie, że ok, nie zagłębiając się zbytnio, bo i tak znajomość a raczej nieznajomość języka na to nie pozwala. I idę dalej nadrabiając uśmiechem.
Tak mi zostało.
Nie wiem, dlaczego pyta się mnie o  tyle rzeczy.zwłaszcza, że na wiekszość i tak odpowiedzieć nie potrafię. Zmywam więc te gary we włoskiej restauracji i nie odzywam się zbytnio. Raczej słucham innych, uczę się i zapamiętuję. Dziwię się też, bo roboty nie ogarniam. Gary się piętrzą, ja nie wybieram, śpiewając sonety Szekspira.
'Śpiewając' to chyba też zbyt duże słowo, ale zostańmy przy nim.
W międzyczasie dowiaduję się o narodzinach mojego pierwszego chrześniaka i płaczę idąc ciemną ulicą. Za zarobione funty kupuję smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka. Jeszcze nie wiem, że wiekszość takich barów jest prowadzona przez 'ciapaków'. Nawet nie znam takiego słowa, ale już go nie lubię. A potem nawet nie używam.
Ręce śmierdzą chlorem, po raz kolejny nie myję podłogi przed wyjściem z restauracji i tym razem zostaję zwolniona. Bez nerwów. Ludzie nadal pozostają mili.

Multi -kulti

Nie oszukujmy sie, nie pochodzę z metropolii a i sama Polska nie jest państwem o wielu kulturach. Dlatego obecność ludzi z części świata o których odwiedzeniu mogę  tylko pomarzyć, zupełnie mnie odurza. Ale uwielbiam to.  Dzięki obecności tych ludzi, mam szansę dowiedzieć się rzeczy niezwykłych o innych kulturach i obyczajach. Chłonę informacje jak gąbka, wypytując o wszystko. Przy wybieraniu owoców, których liczba jest niemal nieskończona, na przerwach na papierosa, albo na spotkaniach przy piwie uczę się bollywodzkiego tańca. Słucham rozmów z których wyłapuję kilka znajomych słów. Czasem odpowiadam na pytania. Częściej nie.
Ludzie wokoł nie dają za wygraną i ciągną za język, uczą nowych słów. Lubię.
Z nieskrywaną ciekawością próbuję nowych potraw, zachwycam się smakami i nieśmiało zaczynam marzyć o podróżach. Anglia staję się przystankiem, bo nie pozwalam by stała się domem. Jakaś taka uparta jestem.
Ale zawsze wracam.
W czasie krótkich przecież wizyt w Polsce przestawiam się na brak innych kultur. W moim małym mieście mijam tylko jednego, czarnoskorego mężczyznę, koszykarza lokalnego klubu.
Obok Londynu na palcach zliczyć nie sposób jak wiele różnych kolorów skóry mijam w ciagu zaledwie pięciu minut.
Przy wyjściu z pracy napada na mnie kilku obcokrajowców. Nadal lubię multi - kulti.

Krany na ciepłą i zimną wodę.

Co ja piszę?! W Anglii nie ma ciepłej wody. Jest albo piekielnie gorąca albo nieziemsko zimna. Osobne krany to pozostałość z wojen, ale nie daję się przekonać. Warczę ilekroć muszę pozmywać naczynia, nie wspominając o kapieli. Słowo: 'gorąca' nagle nabiera zupełnie innego znaczenia.
Przy pierwszym, wynajętym mieszkaniu próbuję wziąć super relaksującą kąpiel przy świecach.
Jest albo zbyt zimno, albo za gorąco a do tego dywan na łazienkowej podłodze, co jest kolejnym zaskoczeniem.
Wychodzę wściekła.
Myślałam, że chociaż przy zmywaniu naczyń będzie lepiej. Poparzyłam sobie ręke.
Poddaję się i akceptuję fakt, że nawet przy kranach mieszanych można albo ugotować albo zamrozić sobie kawał skóry.

Wszechobecne zasady bhp.

Na wszystko trzeba mieć trening. Nożyczki? Dostaniesz, owszem, ale najpierw musisz papiery podpisać. Że wiesz, jak się posługiwać, że gdyby skaleczyć się przyszło to rabanu nie podniosę tylko wezmę pełną odpowiedzialność. Za to skaleczenie, rzecz jasna.
A potem stos papierów podpisać trzeba. Jak już plaster naklejony to jeszcze kilka razy pytanie padnie, czy dobrze się czuję, czy do domu pójść nie chcę przypadkiem.
Cały czas o skaleczeniu mówię, żeby wątpliwości nie było.
I człowiek powoli się przyzwyczaja.
Najpierw do treningu z używania nożyczek, potem drukarki, komputera i telefonu.
Wszystko opatrzone opisem i podpisem.

Takie Wyspy.

C.d.n

M.